Nie mam humoru.

Puszysta sawanna może stać się pustynią z różnych powodów.Czasami telefony przed północą zatrują czyste myśli,zniekształcą sny,zmącą wypracowaną-z trudem,ufność.
Skąd telefon na sawannie?Nieprzyjaciel zawsze zadba o obecność w naszym życiu trudnych rekwizytów.
Pustynia to żadne ruchome piaski tylko dywan twardawej ziemi udekorowanej ostrym żwirem,istna rozkosz dla stóp.Szukając beznadziejnie trawy,która tu gdzieś powinna przecież być-próbuję stąpać w sposób oszczędzający delikatną skórę.Nigdy,pomimo licznych hartujących przejść nie dostosowały się moje stopy do wymogów surowego środowiska.A przecież ćwiczyłam je bezlitośnie,podobnie zresztą,jak dłonie.Opuszki moich palców wciąż pozostają delikatne,puchną i pęka na nich skóra,kiedy wyplatam sprzęty albo próbuję uzdatniać ziemię.Nie każdy powinien był się urodzić w formie,jaką-nie prosząc,otrzymał.Gdybym była sylfidą,nie musiałabym nadwerężać dłoni tylko ewentualnie skrzydełka.
Znowu telefon,jest prawie północ.Nie będę już nic wyjaśniać,milczenie jest spoko,to jasne.Tylko pod ciężarem tego milczenia bolesniej wbijam się stopami w kamieniste podłoże.Milczenie,jak biwakowy plecak na grzbiecie dziesięciolatki.Jeszcze jeden telefon….sawanna oddaliła się tak bardzo,że stanowi już tylko niekonkretne wyobrażenie.Nie daję rady wzmocnić tego wyobrażenia.Po co było zawierzać sawannie,której tak niewiele potrzeba żeby wyjałowieć i odpływać pod lada pretekstem.Rozważę czy stąd nie odejść.

A słońce………przetrąca ponuro jakieś puste gąsiory w piwnicy i nie wystawia Żółtej gęby na widok publiczny.

Opublikowano Różne | 30 komentarzy

Jesteśmy ?!

Patrzę i patrzę-zdawałoby się,że widzę wokół oszalałe mnóstwo.Cudowny przesyt wygięć i kolorów.Ile zniekształcenia w tym widzeniu,ile złudzeń.Burza migotliwych doznań i ucieczki przed nadmiarem.A wszystko jest stworzonym z Boskiej Wizji-ogrodem doświadczania czyli miłości.
Spiralki energii-
tak zwarte w objęciach,
że ich wirujące krople
mamią nas,jak rzecz stała…..
Nie ma sawanny,może nie ma was-i nie ja pierwsza waham się między czuciem a dotykaniem.Czuję ale dotknąć nie ma czego.Obserwuję bacznie,ale to tylko wizje bez szansy na zważenie w dłoni.Zwracam się
do słońca z pytaniem,czy ono też jest spiralką czegoś tam.Odpowiada,że ono jest materialnym faktem, ale ja tylko jego przywidzeniem,które zresztą polubiło.Jako dojrzalsze doradza mi akceptację zastanej rzeczywistości bo starsi i mądrzejsi też nie uporali się z zagadnieniem.Odpyskuję słońcu,że świetnie o tym wiem i nie pretenduję do miana odkrywcy KŁOPOTLIWYCH PYTAŃ.
Jak to na sawannie,każdego ze zdwojoną siłą nurtują wszystkie pytania, na które real nie dał jednoznacznych odpowiedzi.Dawał różne odpowiedzi.Sawanna jest lepsza bo w ogóle nie odpowiada na moje pytania więc uznaję,że żadne z nich nie ma głębszego sensu.Ta prastara równina obrusza się na moją naiwność czy głupotę.Sawanna jest zakutą propagatorką materii i lubi karać mnie przykładnie za upodobanie do świetlistych wirów.Wywraca się złośliwie na lewą stronę i każe potykać się i rozbijać w kłębach prastarych korzeni drzew i różnego zielska.Odwołuję wtedy wszystkie wątpliwości a Ona podkłada mi się pod stopy usłużnymi poduszkami traw.Zakłamana matka ziemia.Mami nas,jak rzecz stała.

Opublikowano Różne | 45 komentarzy

Bez nadziei.

Może trzeba ci chociaż jednego człowieka-samotniczko.Zdziczałaś,jak pokręcony bez za stodołą.Wiem,że wytrwasz i to do samego końca ale po co taka nieładna?Brzydka płowiejącym zapachem.Daj sobie szansę na podwójne kwiaty.
-Do mnie mówisz?spytała Najmędrsza nie odrywając wzroku od monitora.
-Jaasne-wzruszyłam ramionami-czy z tobą da się jeszcze rozmawiać?Mówiłam o sobie do siebie.
-No,i?mruknęła surykatka.
-No i nie wiem.

No,a słońce,jak zawsze wiedziało.Tak sprytnie użyło wodnej tafli,iż potem-kto żyw,przysięgał,że nad sawanną objawiły się dwa słońca.Ciekawe,czy ktoś zauważy,kiedy podwójnie zakwitnę.I czy się poboży na tę okoliczność.

Opublikowano Różne | 73 komentarzy

Nawałnica od-dolna

Od czasu,kiedy sawanną targały ulewy i wiatry,małe surykatki ginęły i przepadały gdzieś masowo.Okapi tłumaczy,że zjawisko-jakkolwiek nieobce mieszkańcom,zdecydowanie przybiera na sile a dynamika wiatru nie wydaje się być zadowalającym wyjaśnieniem.Okapi i żyrafy nie znikały wraz z deszczem.Liczne gatunki antylop trwały bez uszczerbku liczebnego.Ptaki fantazyjnie bujały się z wiatrem i nie wyglądały na zagrożone.
Moje próby naradzania się z surykatkami nie przyniosły rezultatów.Najmędrsza dawno już powierzyła bezpieczeństwo swoich dzieci mojej deficytowej uwadze.Ona sama walczyła z grupą Ambitnych o pierwszeństwo przy klawiaturze.Okapi z żyrafą obserwowały mnie z mieszaniną współczucia i kpiny.
Dopatrywały się jakiejś savannah-aberracji w mojej nagłej trosce o populację surykatek.Brodziłam po kostki w savannah-akwarium a savannah-przeciągi odkształcały moje myśli w kierunkach radykalno-nowatorskich.Zacna nowo-myśl kazała mi oznakować małe surykatki z wykorzystaniem do tego celu ultra-ciem,które w porze deszczów przyprawiały wszystkich o piskliwą bezzsenność.Piskliwą i migotliwą bo oprócz ultradźwięków produkowały jeszcze laserowe race w kolorze absurdu.Zawirowania pogodowe intensyfikowały zdolności ciem więc zjawisko naddźwiękowo-świetlne mogło być przydatne w lokalizowaniu surykaciąt.
Ćmy skwapliwie zgodziły się na współpracę.Zdeklarowały się nieinwazyjnie i bezboleśnie zainstalować wewnątrz uszu surykatek i EMITOWAĆ jakby co.Obawiałam się,że to “jakby co”-w porze deszczowej,pozbawi mnie w ogóle snu ale uznałam kwestię bezpieczeństwa małych za priorytetową.Dobrnęłam do bazy komputerowej i przedstawiłam Najmędrszej zasady Wzmocnionego Bezpieczeństwa.Ku memu zdziwieniu Surykatka
oderwała się od klawiatury i zajrzała mi przytomnie w oczy.
-Nawet nie próbuj! syknęła i rzuciła spojrzenie na towarzyszki,jakby szukając potwierdzenia.
-Nno co ty?nie pojęłam jej reakcji sądząc najpierw,że nie lubi deszczowych owadów.
-To już kiedyś było-wyjaśniła ponuro a pozostałe utworzyły obronny łuk za jej plecami.
-Co było?nie rozumiałam nadal-stosowałyście już podobne zabezpieczenia dla małych?
-Nie my i nie dla małych.Dla nas wszystkich zastosowali ONI.Potem już nikt nie umknął bo wiedzieli o nas
wszystko.Wiedzieli-kto,gdzie i co z kim jest NIETAK.Kiedy odeszli,zostało nas tyle,co palców u stóp.Nie zgodzimy się już nigdy.Odtworzenie stanu trwało tysiąclecia.
-I wy o tym wszystkim wiecie?-byłam oszołomiona-Skąd,jak?Jakieś przekazy,zapiski,no źródła danych!
-Wypchaj się-powiedziała gniewnie-zawsze zaczyna się od życzliwych rozmów i wyłuszczania pozytywów.Nie reflektujemy.
-Ależ maluchy gdzieś przepadają-próbowałam bronić swojej koncepcji-każdy chaos pogodowy niesie ubytek
małych surykatek.Ćmy pozwolą je zlokalizować….?
-Lepszy ubytek niż całkowity zanik-powiedziała nieustępliwie Najmędrsza i wróciła do komputera.
-Nie mogę się zgodzić z taką postawą-podniosłam głos-to nonsens żeby narażać dzieci bo jakieś legendy zalecają wam ostrożność.Odpowiedzialność i sumienie każą mi zignorować wasze stanowisko.
-Nawet nie próbuj!powtórzyła,patrząc już w ekran.
-Bo co,stuknięta,lekkomyślna macocho?Co zrobisz?Przecież od dawna żyjesz,jak komputerowe widmo!
-Chcesz nawałnicy oddolnej?parsknęła-nie pomoże ci uszczelnianie od góry twoich szałasów…!
Wracałam wściekła i potargana.Ćmy krążyły wokół mnie-ćmiąc barwnie i drażniąco.Odleciały nie doczekawszy się zapowiedzi współpracy.Zdecydowałam się ignorować kolejne wieści o zaginionych i podreperowałam dach szałasu bo przeciekał co i raz.Pomstując ułożyłam się do snu a strugi na dachu produkowały przyjazne dźwięki.Śpiąc rozważałam szanse pokonania oporu surykatek.Pogłębione analizy przerwało mi uczucie nadzwyczajnej wilgoci mojego posłania i otoczenia w ogóle.W szałasie padał deszcz a chruściany dach nie ponosił za to najmniejszej odpowiedzialności.Bo deszcz padał z klepiska do góry a ziemia czyniła honory sklepienia.Chcąc zabezpieczyć “domostwo”musiałabym teraz izolować ODDOLNIE a do tego nie byłam przygotowana.Wyszłam na zewnątrz a raczej wyniosły mnie poziome strugi deszczu.
-Dobraa!krzyknęłam w przestrzeń-odwołuję pomysł ale niech deszcz pada normalnie!
Nie wiem,czy to Dzieci Indygo wsparły opór zwierząt i zamieszały porządkiem rzeczy czy źródło było zgoła inne.Nawałnica oddolna była faktem a nie podejrzewałam wcześniej surykatek o butną sprawczość.Tego dnia ostrzegły mnie raz jeszcze bo Ziemia wywróciła się do góry nogami i deszcz lał się prawidłowo-tyle,że mój szałas zwisał,jak lampa i ani do niego przystąp.Musiałam wyryć na skale ogromne hasło:ŻYJCIE JAK CHCECIE,co kosztowało mnie kilka godzin roboty i dopiero wtedy rzeczywistość wróciła do normy.Krążek Ziemi z ulgą położył się na plecach a szałas znów był moim domem.

Słońce nie raczyło mi pokazać twarzy jeszcze długo po deszczach.Zwierzaki mówiły,że dla nich świeci- absssolutnie!

Opublikowano Różne | 14 komentarzy

Postanowili cię obuć- babo !

Od rana biegam po placu monitora i zbieram buty a ściślej- pantofelki,trzewiczki,szpilki i różne formy-zupełnie nieprzydatne na sawannie.Nawrzucały tego dziewczyny z realu.Jakiś czerwony bucik szczególnie przypadł do gustu okapi i próbowała nim przyodziać własne kopytko.
-Skąd wiesz-zapytałam-jakie jest przeznaczenie buta,przecież ja nie noszę?
-Jestem żeńską okapi-uniosła dumnie głowę-wiem,co przysparza piękności…czyli osobniczej jakości.Podejrzewam,że okapi czyta nocami teksty na blogach-zza pleców surykatki i jej słownik czynny specyficznie się wzbogacił.Chciałam złamać zasadę i wyjrzeć za parapet monitora żeby zorientować się w przyczynach tego masowego rzucania pantofelkami ale po namyśle wysłałam na zewnątrz Małą.Wróciła szybko i oznajmiła,że tłumy kobiet biegają boso po ulicach bez przyczyny zrozumiałej dla surykatki.Włożyłam jakieś słomiane baletki i przeskoczyłam parapet.To znaczy-przeskoczyłabym ale już w locie przechwyciło mnie kilka par ramion a ich właścicielki-pokrzykując nerwowo,zdarły mi z nóg słomkowe cacka.Ulica obok niebieskiego placu roiła się od kobiet i przemieszczających się chaotycznie SŁUŻB NAPRAWCZYCH.
-Dlaczego?spytałam stateczniejszą szatynkę-teraz się nie nosi butów?Wiesz,dawno mnie tu nie było.
-Weź ulotkę i posłuchaj tam…-wskazała obelisk na placu przyozdobiony filigranową mówczynią,która przez mikrofon w kształcie dziwnej stopki,przemawiała do tłumu płci jakby obojga.Głos i pogłosy stanowiły dla mnie zawsze tylko kakofonię dźwięków więc słyszałam wybiórczo.I właściwie nie byłam zaskoczona.
Filigranowa,jakkolwiek wzrostu nikczemnego,nadawała głosem potężnym a nawet wołajacym o pomstę do nieba:
-Tak więc…… niesymetryczni uznali tylko Opatrzność nad sobą a my miałyśmy mieć dwóch władców-Boga i Niesymatrycznych….tirli,tirli/ ścibolił butny mikrofonik /…….tiju,tiju….. receptory w stopach i rola dużego palca u nogi. Zdeformowane,zgniecione,sprasowane ……tuf,tuf.Zdrowa stopa ma kształt tego mikrofonu! Wszyscy widzą?Zdeformowana stopa przelała czarę.My ograniczane również i tą metodą jakby innych było mało.Która pierwsza uwierzyła,że buty w kształcie pyska węża to urok i elegancja.No?!Niech się teraz pokaże…!!Bach!Pyk!
Jakiś tłuścioszek podniósł rękę i sprostował mentorskim tonem:-Ależ miłe panie,moda to całe tysiąclecia,co za nonsens przywoływać teraz sprawcę z zaświatów.Zresztą wszytkim wiadomo,że najlepsi szewcy to mężczyźni.
Jego wypowiedź zrobiła fatalne wrażenie i tłuścioszek po chwili brodził w fontannie.Służby pomogły mu wyjść i zniknęły wraz z nim w bezpiecznej bramie starej kamienicy. Filigranowa zabrała głos,dowodząc,że protesty przeciwko zbrodniczym niesymetrycznym to za mało. Zalecała czujność i konsekwentny bojkot.
-Przestajemy nosić ich modne,nienaturalne,destrukcyjne buty.Oni splajtują, my będziemy zdrowsze w całości a emocjonalnie i psychiczne na pewno.Zgadzamy się?To jest walka o naszą jakość w sensie właściwym a nie tylko estetycznym.Wasze halluksy to tylko wierzchołek góry lodowej.Pod wodą tapla się ciężki wór waszych zbędnych emocji,migren,deficytów uwagi i całej reszty,o której dobrze wiecie.Oni też się o tym dowiedzieli,może od samego diabła a może od PIERWSZEJ ZDRAJCZYNI ………. dum,dum,dum,dum!
Filigranowa podniosła do góry stopę obutą w rodzaj skórzanego wiosła i zatoczyła nią w powietrzu zgrabny łuk.
-Tak wygląda zdrowie!-krzyknęła a żeński osobnik ze Służb Naprawczych zapytał ją o adres taniego obuwnika szyjącego “wedle stopy”.Mówczyni rzuciła krótko jakieś włoskie nazwisko.Żeński osobnik cofnął się mrucząc,ze nie jest Paris Hilton i poprzestanie na traperkach o numer większych.Nie śledziłam już wędrówki kobiet w stronę GMACHU WODEWILU MIEJSKIEGO ale plaskanie stóp po bruku miało w sobie coś męczeńskiego i prześladowało mnie jeszcze na sawannie.Drażniły mnie surykatki,które wzuły najbardziej kolorowe i dziwaczne pantofle i paradowały w nich przed swoimi wybrańcami.Tamci obserwowali z rosnącym-stopniowo,namysłem.Po chwili surykatki zaczęły kuleć i potykać się boleśnie więc dla złapania równowagi wyginały ciała w łuki i różne esy-floresy.Wybrańcy komentowali między sobą estetyczne walory tej wdzięcznej/?!/geometrii.Surykatki rzuciły wyzwanie nowemu trudowi,jakby w niedosycie dotychczasowych.
Nie chciałam oglądać dalszego ciągu.Oddaliłam się nieco i poszłam WGŁĄB.Wspominałam kogoś,kto cenił mnie tylko w pantofelkach z porcelany.No,ale on już dawno został zbojkotowany.

Opublikowano Różne | 20 komentarzy

Te lepsze dzieci.

Kończyłam już szałas -fajny ostrosłup na planie koła,kiedy zaczęło mżyć.Ucieczka przed pistacjową mżawką byłaby przejawem słabości charakteru więc pozostałam na zewnątrz.Zbierałam wśród traw narzędzia,kiedy nagle spostrzegłam,że deszczyk przemieszcza się w górę zamiast sunąć spod chmur.Spojrzałam w kierunku Surykatki Zmanierowanej,która nie opuszczała stanowiska przy klawiaturze,niezależnie od warunków-jakichkolwiek.Chciałam ją spytać czy zna zjawisko odwróconego deszczu ale wtedy je dostrzegłam.DZIECI INDYGO.
Wychodziły gęsiego z jakiegoś nieistniejącego punktu pod akacją.Poruszały się,jak żyrafy więc przypominało to zwolniony film.Wykonywały wachlujące ruchy dłońmi a deszczyk posłusznie wywijał się ku górze.Uśmiechały się.Ja się nie uśmiechałam bo nigdy wcześniej nie znalazłam dowodów na istnienie Dzieci Indygo.Magia sawanny?Analogia fatamorgany?Czy się bać?Czy przystapic do identyfikacji? Po co?
Podeszłam i stwierdziłam,że są aż nadto materialne.Skorzystałam z pretekstu,że to JEDNAK DZIECI i uchwyciłam chłopca za tańczący nadgarstek.Normalny.Spojrzał na mnie oczami ważki i zwinął uśmiech w wąski rulonik.
-Znowu to samo-powiedział zwyczajnie-sądziłaś,że będziemy bardziej indygo?
-Sądziłam,że jesteście fikcją-odpowiedziałam szczerze a mały skrzywił się,jak każde dziecko.Opuścił dłonie i wodny pył skierował się ku ziemi.Pozostałe dzieci złamały szyk i wszelaki porządek więc deszczyk wirował jak w kłębkach mini tornad-góra,dół i na skos.Zmienił też kolor na lawendowy a twarze dzieciaków spoważniały.
-Przybywacie z realu?spytałam naiwnie.
-Z wirtualnego realu-odpowiedziała wiotka panienka z oczami żbika.Pozostali przyglądali mi się bez emocji a raczej bez pozytywnych emocji.
-Więc nie jesteście żadnym faktem.Jesteście kolejnym wyobrażeniem czy jakąś interpretacją ludzkich oczekiwań.
-Jesteśmy Dziećmi Indygo-wyjaśniła cierpliwie dziewczyna-a wirtual był dla nas ostatnio realem bo próbowaliśmy bardzo realnie porządkować chaotyczne dyskusje na nasz temat.To beznadziejna sprawa,podobnie,jak wyjaśnianie że haarp to tylko odmiana hard-rocka a wyraz “nibiru” oznacza slangową wersję “nie biorę”.Próbowaliśmy pomóc ale to strata czasu.
-Aach! Działaliście na blogach-zrozumiałam wreszcie-przydzielono wam misję niejako porządkową,łagodzącą.
-Nic nam nie przydzielano-odparła sucho-nikt nie jest władny nami dysponować bo nikt nie jest wystarczająco kompatybilny.Robimy to,co uznamy za słuszne.
-Co zatem chcecie porządkować u mnie? zapytałam trochę z wysoka.
-Chcemy się bawić- podpowiedział żywo mały ważkooki-nie będziemy tu pracować!
-U CIEBIE? wiotka rysiowzroczna uśmiechnęła się pobłażliwie-jesteś U NAS, wszyscy jesteście u nas,gdziekolwiek was nogi poniosą.Mały ma rację,przyszliśmy tu zrelaksować się.Nasze procesy myślowe,jakkolwiek bezbłędne i szybkie,jednak wyczerpują z czasem.Każde stworzenie odpoczywa.Słońce,tego nam teraz potrzeba.
-Uważacie się za istoty wyższe? stwierdziłam raczej niż zapytałam.
-Istoty lepsze-powiedziała i jakby na potwierdzenie jej słów,wszystkie drobne twarze zakwitły złotym różem i rozciągnęły usta w szarfy uśmiechów.DLA MNIE TO BYŁO ZBYT WIELE.
-Nie musicie aż tak się dekorować-powiedziałam-nie wymagam rekwizytów żeby zrozumieć przekaz.
Dzieciaki wetknęły w oczy słodkie barwy rumianków i wróciły do zabawy z deszczem.Plotły sieci z wodnych pasemek,jak ja moje szałasy z gałęzi i traw.Rozumiałam ich rozbawienie i zapał.One zdawały się nie odróżniać zabawy od całej koniecznej reszty.Spojrzałam na rysiooką.Rwało ją do wygłupów z deszczem ale chciała zachować twarz.
-Coś jeszcze potraficie?-spytalam uprzejmie-poza pląsem,sztuczką z deszczem,pojawianiem się z nagła…
-….Czytaniem w myślach – dopowiedziała pospiesznie-oraz bezbłędnym rozumowaniem na bazie powszechnie dostępnych danych.Wy tego nie potraficie.
-Ludzie-anioły?uśmiechnęłam się-inteligencja plus miłość.Co zawiodło na blogach,że okazaliście się nieskuteczni?Inteligencja….hm,jakaś niszowa czy nadmiar miłości?I czego szukacie na sawannie poza bezpieczeństwem emocjonalnym?
-Jesteśmy zbyt wysublimowani-przymknęła powieki,jakby chroniła oczy przed moją prostotą-a miłość INDYGO nie ma sobie równych….rozbijamy się o was ,jak małe ptaszki nie rozumiejące przeszkód ,rozbijają się o szyby waszych domów.
-Też jestem za wolnością-zgodziłam się- dlatego tu przebywam.Ale powiedz-wobec waszych-indygo, mocy przerobowych,kto ci zapewnia np.dom?
Otworzyła oczy rozumiejąc niestosowność przesady w każdym działaniu.Zmieniła ich barwę na zielono-złotą.
-Nnno,my robimy coś dla was a niektórzy z was poczuwają się do zapewnienia bytu dzieciom indygo.
Po jej słowach niebo wstrzymało deszcz i dzieciaki zostały z rękoma zawieszonymi w próżni.Ich oczy zmieniły się w beżowe szypułki skierowane ku rysiookiej.Ta straciła kontenans i sarknęła w moją stronę:
-Ty co, uważasz się może za jedno z diamentowych dzieci? Pokaż co potrafisz!
-Jestem dzieckiem zielonym,jak wczesna gruszka-powiedziałam zgodnie z prawdą-jedyne,co umiem to odróżniać prawdę od półprawdy.A wy pachniecie mi ble-fem.
-No wiesz!oburzyła się i tak szybko trzasnęła powiekami,że złamała sobie perfekcyjnie połowę rzęs.
-No widzisz!ucieszyłam się-szczery człowiek nie gnie sobie rzęs na byle czym.Masz teraz oczy,jak te kręgi zboża połamane symetrycznie……
Dziewczyna roześmiała się nagle i wyznała spontanicznie :
- Te kręgi zbożowe to nasze dzieło.Niezwykłe,prawda?Nikt na to nie wpadł.
Kiedy zdegustowane Dzieci Indygo powędrowały za słońcem,mżawka wróciła do normy a mój szałas wykazał niedoróbki.Naprawiając zerkałam na wschód,gdzie liczne drobne zjawiska potwierdzały niezwykłość moich niedawnych gości.Przed udaniem się na spoczynek miałam okazję obserwować ich dziwne fajerwerki-przypominały trochę mikro erupcje wulkanów a trochę eksplozje nocnych obłoków.Rano zaledwie tuzin antylop zgłosił się do opatrzenia ran.Jedną trwale rozerwaną poleciły miłosiernemu słońcu. Opowiadały potem,że nocne zabawy z dziecmi indygo to coś niezapomnianego.

Opublikowano Różne | 33 komentarzy

Przed nocą.

“Rozpięty na ramionach,
jak sokół na niebie….”
Chrystus-Syn Boga,
Za mnie,za ciebie.

Opublikowano Różne | 24 komentarzy